Usłyszawszy to opat stał przez chwilę na miejscu jak skamieniały i tylko po mruganiu oczyma można było poznać, że żyw jeszcze. Nagle zawrócił się na miejscu, wywalił nogą drzwi alkierza, wpadł do izby, tam chwycił krzywą lagę z rąk pątnika i począł nią okładać swoich szpylmanów rycząc przy tym jak ranny tur:
- Na koń, skomorochy! na koń, psiawiary! Noga moja w tym domu nie postanie! Na koń, kto w Boga wierzy! Na koń!...
I znów wywaliwszy drzwi wyszedł na dziedziniec, a przerażeni klerycy-waganci za nim. Tak ruszywszy hurmem do szopy poczęli w mig kulbaczyć konie. Próżno Maćko pogonił za opatem, próżno prosił, biagał, bożył się, że nie winien - nic nie pomogło! Opat klął, przeklinał dom, ludzi, pola, a gdy podano mu konia, skoczył na niego bez strzemion i puścił się w cwał z miejsca, z rozwianymi przez wiatr rękawami, podobny do olbrzymiego czerwonego ptaka. Klerycy lecieli za" nim w trwodze na kształt stada, które podąża za przewodnikiem.
Maćko spoglądał czas jakiś za nimi, aż gdy znikli w boru, wrócił z wolna do izby i rzekł do Zbyszka kiwając posępnie głową:
- Cóżeś ty najlepszego narobił!...
- Nie byłoby tego, gdybym był sobie wcześniej pojechał, a żem nie pojechał, to przez was.
- Jak to przeze mnie?
- Ba, bom nie chciał was chorych odjeżdżać.
- A teraz jako będzie?
- A teraz pojadę.
- Dokąd?
- Na Mazury, do Danuśki... - i pawich czubów szukać między Niemców.
Maćko pomilczał chwilę, po czym rzekł:
- "List" oddał, ale zastaw jest i w księdze sądowej zapisany. Nie daruje nam tera opat ni skojca.
- To niech nie daruje. Pieniądze macie, a ja na drogę nie potrzebuję. Przecie mnie wszędzie przyjmą i koniom dadzą żreć; a bylem miał pancerz na grzbiecie a kord w garści, to i o nic nie dbam.