Ucieszył się z tej rozumnej odpowiedzi Cztan z Rogowa.
- Może ta Pan Jezus nas natchnie - rzekł.
- I pobłogosławi - dodał Wilk.
- Po sprawiedliwości.
I poszli do kościoła, a wysłuchawszy pobożnie nabożeństwa nabrali otuchy. Nie stracili głów nawet wówczas, gdy Jagienka po mszy w przedsionku znowu przyjęła wodę święconą z ręki Zbyszka. Na cmentarzu przy wrotach podjęli pod nogi Zycha, Jagienkę, a nawet i opata, choć ten był nieprzyjacielem starego Wilka z Brzozowej. Na Zbyszka patrzyli wprawdzie spode łba, ale żaden nie warknął, chociaż serca skowytały im w piersiach z bólu, z gniewu i zazdrości, gdyż nigdy Jagienka nie wydawała im się tak cudną i tak do królewny podobną. Dopiero gdy świetny orszak ruszył z powrotem i gdy z dala doszła ich wesoła pieśń wędrownych kleryków, Cztan począł ocierać pot ze swych zarosłych policzków i parskać jak koń. Wilk zaś ozwał się zgrzytając zębami:
- Do gospody! do gospody! gorze mi!...
Po czym pamiętając, co im poprzednio ulżyło, chwycili znów głaz i potoczyli go zapalczywie na dawne miejsce.
Zbyszko zaś jechał wedle Jagienki słuchając pieśni opatowych szpylmanów, lecz gdy ujechali pięć albo sześć stajań, zatrzymał nagle konia i rzekł:
- Ba, miałem dać na mszę za stryjkowe zdrowie i zabaczyłem, wrócę się.
- Nie wracaj! - zawołała Jagienka - poślem ze Zgorzelic.
- Wrócę, a wy nie czekajcie na mnie. Z Bogiem!
- Z Bogiem! - rzekł opat. - Jedź!
I twarz mu poweselała, a gdy Zbyszko znikł im z oczu, trącił nieznacznie Zycha i rzekł:
- Rozumiecie?
- Co mam rozumieć?